wczoraj postanowiłam oszukać swoją nieco zakurzoną kolekcję płyt. oczywiście część moich idoli ,,pogubiła" się w trakcie rozlicznych podróży przeprowadzkowych, a to do liceum a to na studia.. aktualnie posiadam jedynie szczątki fonograficzne.
z wypiekami na twarzy odkryłam, że w reklamówce z podręcznikami akademickimi, ściśnięta między "wprowadzeniem do psychologii społecznej", a "zaburzeniami osobowości" jest moja Edyta i jej ,,wodospady".
nie mam w domu żadnego klasycznego odtwarzacza dźwięku, oprócz kina domowego, ale kombinacje alpejskie z wkładaniem, przełączaniem na odpowiedni kanał, moduł bla bla. wolałam wsiąść do samochodu, odpalić silnik i... kurcze rewelacyjne uczucie, i o dziwo mimo, że nie słuchałam tej płyty od lat, pamiętałam wszystkie możliwe teksty. z każdym utworem związana jestem emocjonalnie, bo każda z nich towarzyszyła mi w aktualnych wydarzeniach, przy rozstaniu z pierwszą ,,szczenięcą wielką miłością", szczęściem z dostaniem się na studia, "obsikiwaniem" stolicy i oswajaniem jej pod swoją nutę...
o zgrozo uświadomiłam sobie, że ta płyta wydana w 1998 roku...jeny 13lat temu!!! przyznam się, że odsłuchałam tę płytę bardzo uważnie, mimo że droga do centrum zabiera max 30min w korkach, i inaczej zupełnie odpieram te teksty dzisiaj, niż dekadę temu. świadczyć to może o ponadczosowości Edyty, mojej ukochanej i być może o mojej niedojrzałości uwczesnej, choć wysoce dojrzała wciąż się nie czuję ;-)
przechodząc obok kiosku zobaczylam Edytę na okładce ,,zwierciadla". wywiad pochłonęłam na wydechu, okazało się, że powodem jej nieobecności na scenie, była niemoc twórcza objawiająca się fizycznymi dolegliwościami, charakterystycznymi do stanów lękowych.
Dla mnie Edyta, w porównaniu chociażby z pełną neurotyzmu Kaśką Kowalską, w moim odborze była mega silną kobietą.
Pamiętam jeden z jej koncertów unplugged, gdzie była tylko ona grająca na gitarze, i jeden z jej chłopakow z zespołu. Po koncercie, tradycyjnie starałam się dostać na back stage;-) oczywiście mi się udało! Nie zapomnę jak na mnie spojrzała i uznała, że wczoraj ogladała film ,,sypiając z wrogiem" i że bardzo przypominam jej julie roberts. Nie zdziwiła mnie ta opinia, bo odkąd pamiętam wiekszość członków mojej rodziny mówiła to samo. Czytając ten wywiad, siegałam pamięcią do koncertów, spotkań po koncertach i nie zauważyłam ani przez chwilę ani jej zagubienia, ani rozdarcia wewnętrznego. Być może byłam wtedy za młoda na takie obserwacje, a może bardziej byłam skupiona na swoim odbiorze jej tekstów.
cieszę się, że odbyłam tę sentymentalną podróż:)
Łączna liczba wyświetleń
piątek, 27 maja 2011
czwartek, 26 maja 2011
czas zacząć..
wstałam nieco wcześniej niz zazwyczaj, obudził mnie mój M porannym prysznicem, (jakby nie mógł wykąpać sie przed snem, ale z drugiej strony byłam tak padnięta, że zarządziłam ekspresową kołysankę..jak tu MNIE dogodzić, no jak? ) 7:15, jeszcze szybka akcja z termometrem, chociaż tak jak w poprzednim cyklu tak i w tym miałam dać sobie spokój z wykresami. Cóż nie zawsze jestem wobec siebie asertywna.
M zdążył wypuścić psa, zrobić śniadanie a ja leniwie spełzłam z łóżka i rozpoczęłam codzienny rytuał ćwiczeń na mój ,,schorowany" kręgosłup. (O dziwo, wieczorami bardziej mi się chce ćwiczyć, rano czasami ,,zapominam")
poranna kawa niczym balsam dla pełnych śpiochów oczu. rano zazwyczaj nie mam apetytu, więc nie silę na choćby jedną kanapkę. zgłodnieję później.
porannej podlewanie kwiatków, to jedna z moich ulubionych, ,,rutynowych" czynności. codziennie odkrywam nowe pączki, listki, pnącza moich wdzięcznych roślinek.
na szczęście pogoda dzisiaj dopisała, po wczorajszym spadku temperatur do 18stopni, dziś dla odmiany 25!
dzisiaj dzień matki... rok temu miałam nadzieję, że to będzie również mój dzień.... uczę się pokory, ubieram się powoli w cierpliwość. może, w końcu będzie mi dane obchodzić to święto z dumą? czasami czuję się taka niekompletna, a przecież niczego w sensie fizycznym mi nie odebrano. skąd ten instynkt tak silny, że wszystkie inne wydarzenia znikają na tylnym siedzeniu?
może to presja otoczenia a nie moje własne pragnienie? obłęd czy fraszka?
M zdążył wypuścić psa, zrobić śniadanie a ja leniwie spełzłam z łóżka i rozpoczęłam codzienny rytuał ćwiczeń na mój ,,schorowany" kręgosłup. (O dziwo, wieczorami bardziej mi się chce ćwiczyć, rano czasami ,,zapominam")
poranna kawa niczym balsam dla pełnych śpiochów oczu. rano zazwyczaj nie mam apetytu, więc nie silę na choćby jedną kanapkę. zgłodnieję później.
porannej podlewanie kwiatków, to jedna z moich ulubionych, ,,rutynowych" czynności. codziennie odkrywam nowe pączki, listki, pnącza moich wdzięcznych roślinek.
na szczęście pogoda dzisiaj dopisała, po wczorajszym spadku temperatur do 18stopni, dziś dla odmiany 25!
dzisiaj dzień matki... rok temu miałam nadzieję, że to będzie również mój dzień.... uczę się pokory, ubieram się powoli w cierpliwość. może, w końcu będzie mi dane obchodzić to święto z dumą? czasami czuję się taka niekompletna, a przecież niczego w sensie fizycznym mi nie odebrano. skąd ten instynkt tak silny, że wszystkie inne wydarzenia znikają na tylnym siedzeniu?
może to presja otoczenia a nie moje własne pragnienie? obłęd czy fraszka?
środa, 25 maja 2011
powitanie
więc dałam się przekonać i założyłam swojego pierwszego w życiu bloga. powoli oswajam się z taką formą obnażania siebie w sieci :)
będę się starała codziennie zapisywać co się dzieje w mojej głowie, chociaż mam pewne problemy z powtarzalnością i konsekwencją. niech ten blog stanie się narzędziem, dzięki któremu nabędę pożądane cechy.
będę się starała codziennie zapisywać co się dzieje w mojej głowie, chociaż mam pewne problemy z powtarzalnością i konsekwencją. niech ten blog stanie się narzędziem, dzięki któremu nabędę pożądane cechy.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)